Powodem mojego wyjazdu za granicę nie były pieniądze. Wyjechałam za miłością, a praca miała być dodatkiem. Mój ukochany był wystarczającym powodem do wyjazdu. Chociaż szczerze? Dla mnie, to kosmiczny spontan, znaliśmy się zaledwie cztery miesiące. Partner oznajmił mi, że wyjeżdża. Padło pytanie, czy przylecisz do mnie? Nie wiele myśląc, zgodziłam się. Rzuciłam pracę i zostawiłam dosłownie wszystko, aby zamieszkać z kimś, z kim byłam cztery miesiące. Taka spontaniczna emigracja, gdzie dołączyłam do szufladki, jako Polak na emigracji.

Przyszedł czas na rozstanie z rodziną i przyjaciółmi. To była dla mnie najcięższa chwila. Nigdy wcześniej nie opuszczałam domu rodzinnego na tak długi czas. Były łzy, pożegnania i życzenia powodzenia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę oznacza Polak na emigracji. Nasłuchałam się o samych superlatywach, a jak było? Przeczytaj sam.

Polak na emigracji, czy to intruz w obcym kraju?

Wszystko ładnie i pięknie. Przecież znajomi tyle opowiadali o bajkowym życiu za granicą. Nie ma się czego obawiać, prawda? Poznawałam nowy świat każdego dnia. Język nie był dla mnie ogromną barierą, jednak na samym początku ciężko było mi prowadzić konwersacje z ludźmi. Rozmowa raczej wyglądała tak, że odpowiadałam jednym łamanym zdaniem. Szybko jednak przekonałam się, że nie muszę mieć angielskiego na poziomie super mastera, móc dogadać się z ludźmi. Zaskoczyło mnie najbardziej to, że może i na początku mówiłam „Kali iść, Kali zjeść”, ale wszyscy mnie rozumieli i wiedzieli co mam im do przekazania. Oczywiście im dłużej byłam w Irlandii, tym lepiej zaczynałam mówić. Abstrahując, jeśli macie okazję wyjechać za granicę, aby podszkolić swój język, to polecam. Nie ma lepszego sposobu niż obcowanie z danym językiem codziennie.

Mentalność do Polaka

Bardzo mile zaskoczyła mnie mentalność tamtejszych ludzi, mam na myśli uprzejmość. Z początku było to dla mnie dziwne, że obcy ludzie mówią mi „hi how are U” czy „ Good morning, have a nice Day”. Jednak szybko przywykłam do tej uprzejmości i bardzo mi się to spodobało. Niestety pod tym względem czułam się lepiej niż w Polsce. U nas jest taka mentalność, że jak ktoś obcy się odezwie to pierwsza myśl: żebrak, wariat albo ma jakiś problem.

Pamiętam bardzo miłą sytuację. Starszy ode mnie człowiek zaoferował mi pomoc w taszczeniu zakupów. Przeceniłam swoje siły i po zakończonych zakupach okazało się, że drogę do domu, którą normalnie pokonuję w 3 minuty pokonam w godzinę. Mój luby był w pracy. Więc „radź se sama babo”. W połowie drogi usłyszałam serdeczne „Can I help you?” Moja reakcja sprowadziła się do wydukania „No, thank U„. Miły starszy mężczyzna nie wiele myśląc, podniósł moje ciężkie siatki i zaniósł pod same drzwi naszego mieszkania. Jak się potem okazało był naszym sąsiadem. Niestety mimo znacznej większości sympatycznych ludzi zdarzały się wyjątki.

Emigracja i poszukiwanie pracy

Wcale nie było łatwo. Trafiałam głównie na sezonowe prace. Nie marudziłam, ale przecież to nie szczyt marzeń, aby zbierać pieczarki. Pewnego dnia dostałam pracę w gastronomii i myślałam, że w końcu to jest ta idealna praca. Przecież lubię gotować i od gastronomii praktycznie zaczynałam swoją ścieżkę zawodową.
Zaraz, zaraz. Co mnie tak głowa boli? Twarde zderzenie z rzeczywistością i wszystko jasne. Praca okazała się horrorem. Nie tyle sama praca, co szef tyran. Szybko przekonałam się o tym, jak traktują Polaków inne nacje (tyran był pół Arabem i pół Włochem). Harowałam jak wół na dwie zmiany. Za znakomicie kosmiczną kwotę 40 euro dniówki!

Doszło w końcu do tego, że miarka się przebrała. Miałam dosyć poniżania, rzucania talerzami, czy naruszania mojej przestrzeni osobistej. Zresztą, śmiało mogę to nazwać mobbingiem. Często wracałam z pracy ze łzami w oczach. Pewnego dnia moja cierpliwość dobiegła końca. Wykrzyczałam tyranowi, co o nim myślę. Wzięłam ciężko zapracowaną tygodniówkę i trzasnęłam drzwiami. Nigdy więcej nie wróciłam. Mój luby stwierdził, że sobie poradzimy i tak rok przesiedziałam bez pracy, jako cudowna Pani domu.

Prawdą jest to, że za granicą może pracować jedna osoba i jest w stanie utrzymać swoją drugą połowę, mieszkanie itd. To niebywały plus, ale na realia to i tak nie zarabia się kokosów. Kiedy pracuje jedna osoba, nie ma mowy o odłożeniu pieniędzy.

Cień emigracji – tęsknota

Tęsknota na emigracji

Potworny ból rozdzierający serce. Tego uczucia nie da się opisać. Masz cudownego partnera, który Cię kocha i poniekąd jesteś najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Z drugiej strony brak rodziny i przyjaciół doprowadza do wewnętrznego rozdarcia. Fakt poznałam parę osób, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Jednak to wciąż były dobre koleżanki, a nie przyjaźnie od dziecka. Bywały dni, że płakałam, ale to chyba normalne dla kogoś, kto po raz pierwszy wyjechał. Najgorszym okresem dla mnie był czas świąt Bożonarodzeniowych. Pierwsze święta we dwójkę. Kochająca się para to taka mała rodzinka, jednak czułam pustkę w sercu. Zabrakło mi bliskich. Nie jestem religijna, jednak przy dzieleniu się opłatkiem miałam ściśnięte gardło. Czułam, że zaraz wybuchnę płaczem. Na szczęście miałam przy swoim boku partnera, który jak zwykle w ciężkich chwilach potrafił ukoić moje rozdarte serce.

Nie samą miłością człowiek żyje

A pieniądze nie rosną na wierzbach. Ciężko mi było nie pracować. Jestem kobietą, która nie łasi się na pieniądze swojego faceta i woli zarabiać na swoje zachcianki. Przecież też chciałam dla niego jak najlepiej, bo ciężko pracował, a nic nie mógł odłożyć. Po roku bez pracy nadeszła pora na poważną rozmowę z ukochanym. Rozważyliśmy wszystkie za i przeciw i podjęłam decyzję. Trochę egoistyczną, trochę słuszną; wracam do Polski.

Witamy w Polsce

Wróciłam do kraju i znalazłam pracę. Jedyne czego mi brakuje, to mojego ukochanego u boku. To nie jest tak, że emigracja jest do niczego i nic mi nie dała. Bardzo dużo pozytywnych rzeczy wyniosłam z tego doświadczenia. Poznałam inną kulturę, ludzi, zwiedziłam kilka ciekawych miejsc. Podszkoliłam swój angielski i nauczyłam się prawdziwego życia. Jak to jest być Panią domu i mieć wszystko na głowie (w pozytywnym znaczeniu), dbać o związek i go pielęgnować. Nawet te negatywne rzeczy czegoś mnie nauczyły.

powrót z emigracji

Doświadczyłam tego wszystkiego na własnej skórze, powiem wam jedną bardzo ważną rzecz (możecie mnie zlinczować, cokolwiek chcecie). Szacunek dla tych z was, którym się powiodło i żyjecie sobie dobrze za granicą. Nie zazdroszczę, bo i niby dlaczego? To, że komuś powiodło się lepiej niż mi, nie musi sprowadzać się do zazdrości. Jednak gardzę, cholernie gardzę ludźmi, którzy twierdzą, że nie mają do czego wracać. To wypowiadane zdanie działa na mnie jak płachta na byka. Naprawdę nie macie do czego wracać? Rodziny, przyjaciół? Czy pieniądze już przesłoniły wam tak światopogląd, że najchętniej wyrzeklibyście się Polski? – takie rzeczy też słyszałam.

Pamiętaj, gdziekolwiek jesteś za granicą, NIGDY nie będziesz u siebie! Nie mam nic przeciwko emigracji. Sama pewnie nie raz jeszcze wyjadę za pieniędzmi, czy za czymkolwiek innym. Jednak nigdy, przenigdy nie powiem, że nie mam do czego wracać.